września 18, 2017

MASECZKI LUSH FRESH HANDMADE COSMETICS - PODSUMOWANIE

MASECZKI LUSH FRESH HANDMADE COSMETICS - PODSUMOWANIE

Przyszła pora na podsumowanie wszystkich sześciu maseczek Lush, które wraz z Moniką z bloga Mama z różową torebką miałyśmy okazję wspólnie testować i recenzować. Musze przyznać, że bardzo cieszyłam się z możliwości sprawdzenia na własnej skórze słynnych naturalnych maseczek ale miałam również obawy jak moja skóra na taką maseczkową dawkę zareaguje. Jednak bez większego problemu wśród nich znalazłam faworyta oraz bubla. Ciekawa jestem czy już się tego domyślasz.



Z pewnością zaletą maseczek jest to, że są wykonywane na bieżąco ale przez to mają krotki termin ważności, który wynosi 4 tygodnie. Zatem zamawianie większej ilości maseczek kompletnie mija się z celem. Oczywiście maseczki można podzielić i zamrozić co przedłuży ich termin ważności ale i tak warto je wówczas zużyć jak najszybciej.

Bardzo podoba mi się polityka marki odnoście recyklingu. Sama lubię opakowania, które później mogę wykorzystać w domowych zakamarkach: jako pojemniki na śrubki, nici, czy ponownie w pielęgnacji. Jednak możliwość oddania (3 dowolnych) opakowań w zamian za maseczkę jest świetnym rozwiązaniem! Problem w tym, że Lusha u nas nie ma. 

Moim bezsprzecznym ulubieńcem jest maseczka która wywołała największe kontrowersji z uwagi na dodatek czosnku w składzie, a jest to Cosmetics Warrior.



Cosmetic Warrior to maseczka oczyszczająco-łagodząca, która dla mnie ma zapach mokrej ziemi. W porównaniu do innych masek jej zapach jest chyba najmniej wyczuwalny. Maseczka zdecydowanie spełnia wszystkie obietnice producenta. Oczyszcza chociaż w stopniu poprawnym ale za to rewelacyjnie koi skórę i działa na drobne niedoskonałości momentalnie. Chociaż moja skóra na glinki różnie potrafi zareagować to na ogół po takich maskach domaga się solidnej porcji nawilżenia.. ale nie w tym przypadku. Po Comsetic Warrior skóra jest przyjemnie wygładzona i nawilżona. Pierwszy raz miałam styczność z maską, która działa na tak wielu płaszczyznach i dzięki temu zdobyła pierwsze miejsce. Zdecydowanie mi jej brakuje!

Link do recenzji: Lush - Cosmetics Warrior
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Cosmetics Warrior



Drugie miejsce należy do Mask of Magnaminty! To maseczka oczyszczająca z niewielkimi drobinkami, które warto przy zmywaniu wykorzystać jako peeling. Sprawdza się całkiem dobrze choć przy zbyt częstym użytkowaniu obawiałabym się przesuszenia skóry. maseczka przy regularnym stosowaniu faktycznie może przysłużyć się cerze zanieczyszczonej. W jej przypadku najbardziej dokuczał mi zapach, który przypominał mocno ziołowo-miętową pastę do zębów. Naprawdę mnie drażnił, chociaż pod koniec opakowania pogodziłam się z nim. Muszę przyznać, że do maseczki mogłabym wrócić ale o wiele chętniej w mniejszym standardowym opakowaniu.. niestety Lush tę maseczkę produkuje tylko w większych.

Link do recenzji: Lush - Mask of magnaminty
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Mask of Magnaminty


Trzecie miejsce przypada Catastrophe Cosmetic, która jest maseczką uspokajającą i nawilżającą. Mam wątpliwości jednak czy osoby z bardziej wrażliwą cerą powinny po nią sięgnąć. Maska odpowiadała mi pod względem musowej konsystencji, zapachu, antyseptycznego działania oraz wygładzenia skóry. Niestety potrafi ściągnąć skórę i osypywać się po zaschnięciu. Catastrope Cosmetic miała jednak z moją skórą pod górkę. Okres jej używania przypadł na moment gdy z moją skórą działo się naprawdę źle. Gdyby nie to myślę, że sprawdziłaby się znacznie lepiej. Dlatego nie wykluczam, że moja ocena w jej przypadku jest zawyżona.

Link do recenzji: Lush - Catastrophe Cosmetic
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Catastrophe Cosmetic


Czwarte miejsce Ex Aequo ! należy do najbardziej kolorowych maseczek czyli Don't Look At Me oraz Rosy Cheeks.



Cudownie lazurowa maseczka Don't Look At Me zachwyca swoim kolorem! Samo jej noszenie to prawdziwa przyjemność, a do tego wywołuje uśmiech na twarzy domowników. Po jej użyciu zauważyłam efekt odświeżenia i rozjaśnienia skóry ale w bardzo niewielkim stopniu. Za to dyskwalifikujące są jej duże i ostre drobinki. Nawet przy "lekkiej dłoni" czuć ich ostrość. Po jej użyciu moja skóra domaga się natychmiastowego ukojenia i nawilżenia. Don't Look At Me zdecydowanie więcej u mnie nie zagości

Link do recenzji: Lush - Don't Look At Me
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Don't Look At Me


To druga maseczka o ślicznym różowym kolorze.. czy jak to woli prosiaczkowym 😂 Rosy Cheek przeznaczona jest do każdego rodzaju cery w tym głównie do cery wrażliwych. Powinna uspokajać skórę, a przy tym łagodnie oczyszczać. Uwielbiam jej śliczny różany zapach! Niestety ukojenie dla mojej skóry było znikome, a głównie tego się po niej spodziewałam. Jako maska jest bardzo komfortowa ale po jej zmyciu skóra pozostawała tempa i przesadnie zmatowiona. To zdecydowanie nie w moim guście.. nie lubię takiego efektu.

Link do recenzji: Lush - Rose Cheeks
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Rosy Cheeks


Najmniej zaszczytne miejsce przypadło dla Love Lettuce. Niestety jakiekolwiek pozytywne działanie przyćmiły dwa zdarzenia. Po maseczce dostałam okropnego wysypu, który bardzo trudno było mi podleczyć. Skóra niemal mnie bolała! Po drugie.. spleśniała. Nie ma takiej możliwości abym zrobiła coś nie tak, bo maska była przechowywana w identyczny sposób co pozostałe maseczki Lush. Nie chcę o niej pisać niczego pozytywnego, bo zwyczajnie na to nie zasługuje.

Link do recenzji: Lush - Love Lettuce
Link do recenzji Moniki z bloga Mama z różową torebką: Lush - Love Lettuce


Moje wieloletnie chciejstwo na przetestowanie produktów Lush w pełni zostało zaspokojone. Wiem już czego mogę się po tych produktach spodziewać. Muszę jednak przyznać, że moje oczekiwania były znacznie wyższe i w pewnym stopniu się rozczarowałam. Byłam przekonana, że statystyka będzie dokładnie odwrotna. Jeden produkt na sześć, który w pełni mnie zachwycił to raczej mało. W dodatku mam wrażenie, że moja skóra jest zadowolona z tego, że nie mam jej już czym katować. Takiej ilości glinki jeszcze nigdy nie przeżyła. Mimo wszystko uważam, że maseczki Lush warto sprawdzić na sobie. Są to naturalne i ręcznie robione produkty, którym nie można odmówić działania.

Zapraszam również na blog Moniki, czyli Mamy z różową torebką u której już widnieje podobny wpis z podsumowaniem. Czy rzeczywiście nasze zdania są identyczne co do poszczególnych maseczek? Która z nich okazała się najlepsza? Która była najgorsza? Ja jestem bardzo ciekawa i już lecę czytać 😀

Maseczki Lush Fresh Handmade Cosmetics

Maseczki miałam okazję przetestować dzięki uprzejmości Mariki z bloga Porcelanowe Włosy. Bardzo Ci za to dziękuję! 😘

Jeśli wciąż Ci mało Lushowych nowinek to odsyłam do bloga Mariki, gdzie znajdziesz recenzje innych produktów Lush takich jak:

Lush - Angels On Bare Skin
Lush - Breath Of Fresh Air
Lush - Mask Of Magnaminty
Lush - D'Fluff
Lush - Whoosh! Shower Jelly
Lush - Charity Pot

Mam nadzieję, że maseczkowa seria przypadła Ci do gustu. Obecnie na allegro jest spory wybór produktów marki Lush w bardzo dobrych terminach przydatności.. alee.. dzięki cynkowi od Ani z bloga Co kręci Anulę dowiedziałam się, że już we wrześniu powinien ruszyć sklep z produktami Lush. Póki co warto śledzić na Instagramie konto Bubble Trouble Polska oraz Facebooku Bubble Truble Polska!


Którą maseczkę najbardziej chciałabyś sprawdzić na sobie?
A może to inne produkty Lush bardziej Cię kuszą?


września 17, 2017

MANICURE: KILKA PROSTYCH TRIKÓW JAK WYKONAĆ NA PAZNOKCIACH KASZTAŁT MIGDAŁKA

MANICURE: KILKA PROSTYCH TRIKÓW JAK WYKONAĆ NA PAZNOKCIACH KASZTAŁT MIGDAŁKA


Uwielbiam chodzić na manicure! Nie chodzi tu wcale o lakier, kolor, czy sam rytuał ale o to, że moim paznokciom nadany jest kształt.. ładny, równomierny i estetyczny kształt. Przy takich okazjach najczęściej wybieram kształt migdałka bo zawsze pięknie się prezentuje. Za to w domowym zaciszu wybieram coś mniej skomplikowanego, a najlepiej w wersji na szybko. Wykonując samemu kształt migdałka łatwo stracić z oczu środek oraz długość paznokci. W efekcie każdy paznokieć wygląda jak z innej bajki. Z czasem doszłam do kilku patentów na uzyskanie estetycznego kształtu migdałka w domowym zaciszu i chciałam się dzisiaj z Tobą tym podzielić. Wbrew pozorom to wcale nie jest trudne!


Oto co nam będzie potrzebne:
- dwa pilniki: jeden tradycyjny taki jaki używasz do skracania długości paznokci oraz drugi z mniejszą gradientacją. W moim przypadku jest to bloczek o gradientacji 180 oraz 100. 
- ołówek oraz temperówkę.. obowiązkowo w kształcie żółwia bo inaczej nie wyjdzie 😂
- proste paseczki do french manicure

Paznokcie rzadko rosną równomiernie. W moim przypadku długość paznokci palców wskazujących jest zawsze najkrótsza i najczęściej ulega uszkodzeniom. Na początku warto przyjrzeć się swoim paznokciom i zacząć pracę od tego, który jest najkrótszy. To będzie nasza baza wyjściowa odnoście długości wszystkich paznokci.



Moje paznokcie były już na tyle długie, że zaczęły mi przeszkadzać w wykonywaniu zwykłych czynności, a już szczególnie utrudniały obsługę klawiatury. Wybrałam najkrótszy paznokieć i jeszcze dodatkowo go skróciłam. Czubek paznokcia spiłowałam na prosto, to dobra baza wyjściowa, która pozwoli lepiej określić szczytowy punkt paznokcia.. ale to wcale nie jest konieczne.


Aby paznokcie miały identyczną długość posługuję się paseczkiem do french manicure. Dzięki temu nie będę co chwila sprawdzać i porównywać ze sobą długości paznokci. Paseczek przyklejam od spodu paznokcia zwracając uwagę na to aby zaczynał się wraz z białą częścią paznokcia. To dość istotne! Na pasku zaznaczam ołówkiem miejsce w którym paznokieć się kończy.. to będzie nasza linijka.


Przyklejam pasek na tej samej zasadzie do pozostałych paznokci i zaznaczam ołówkiem miejsce w którym widnieje zaznaczenie na pasku. To daje mi jasną wskazówkę jak bardzo powinnam skrócić pozostałe paznokcie. Ołówek powinien być bardzo dobrze widoczny również z drugiej strony.


Paznokcie skracamy do miejsca zaznaczenia. Tej linii nie warto przekraczać. Lepiej zatrzymać się tuż przed nią. Identycznie możemy postąpić z drugą ręką ale na kontrolowanie długości drugiej ręki istnieje jeszcze inny patent.



Przykładamy do siebie paznokcie (wskazujący do wskazującego, serdeczny do serdecznego itd.) tak aby miejsca gdzie paznokcie się zaczynają były w jednej linii. Następnie po paznokciach schodzimy w dół do ich zakończenia. Postępujemy dokładnie tak samo jak przy sprawdzaniu czy oba buty mają dokładnie tą samą długość podeszwy. :-) Dzięki temu upewnimy się czy paznokcie mają tę samą długość czy jednak któryś wymaga dodatkowego skrócenia. 

Jednak jeśli oznaczanie długości ołówkiem bardziej przypadnie Ci do gustu to nie widzę przeszkód aby zrobić dokładnie to samo z drugą ręką. Ta metoda ma ten plus, że po oznaczeniu ołówkiem punktów nie musisz się zastanawiać czy przeciągnąć jeszcze kilka razy pilnikiem czy już zrobiłaś to o kilka razy za dużo.




W przypadku manicure, gdzie wyraźnie zaznaczony jest szczyt paznokcia najwięcej problemów sprawia utrzymanie tego punktu w odpowiednim miejscu. W zależności od perspektywy z jaką patrzymy na paznokieć ten punkt będzie się przesuwał.. minimalnie.. ale będzie. Dlatego dużo łatwiej jest taki manicure wykonywać osobie drugiej.. z tym, że mąż nie zawsze się do tego nadaje. Prostym krokiem jest zaznaczenie punktów szczytowych paznokci. Aby mieć pewność, że dobrze oznaczymy punkty najlepiej narysować linię ołówkiem zaczynając od nasady paznokcia. Taką linię zawsze możemy poprawić lub skorygować. Po ich narysowaniu przyjrzyj się paznokciom z różnej perspektywy.. jeśli z każdej wygląda to dobrze to już prawie jesteśmy w domu. 


Aby uzyskać kształt migdałka na płytce paznokcia zaznaczam linią miejsce gdzie krawędź paznokcia styka się z opuszkiem palca. Następnie łączę te punkty ze szczytowym miejscem paznokcia uzyskując dość ostry trójkąt.


Nie skracam paznokci po wyznaczonej linii! Po każdej stronie mamy wyznaczone dwa punkty: brzegowy i szczytowy. Poza te punkty nie wychodzimy ani ich nie przesuwamy. Za to staram się nadać w tym miejscu kształt delikatnego łuku. Czyli zbliżam się do wyznaczonej linii ale nie mogę jej dotknąć. Efekt powinien wyglądać tak:


To moment w którym sprawdzasz czy szpic poszczególnych paznokci jest w odpowiednim miejscu. Jeśli gdzieś zgubiłaś ten punkt wybierz pilnik o niskiej gradientacji i popraw. Jeśli z efektów jesteś zadowolona to pora przejść do kolejnego etapu.


Nasze mało estetyczne boki paznokci możemy teraz dopracować. Watro użyć do tego pilnika z niską gradientacją. Zasada jest taka, że staramy się nie naruszać punktu szczytowego paznokci. W zależności od indywidualnych upodobań możesz teraz nadać swoim paznokciom bardziej smukły lub nieco szerszy kształt migdałka. W teorii boki migdałka należy spiłować pod kątem 45 stopni. Jednak jeśli tak jak ja masz długie i bardzo szczupłe palce to taki wąski kształt dodatkowo je wyszczupli i wydłuży. Dlatego osobiście preferuje delikatniejszy kształt migdałka. 


Nasze paznokcie są dość szpiczaste. Jeśli taki wygląd Ci odpowiada to na tym etapie możesz poprzestać. Jednak jeśli wolisz bardziej miękki wygląd wystarczy pilnikiem o niskiej gradientacji od spodu delikatnie spiłować paznokcie. Dzięki temu pozbędziesz się ostrego zakończenia nie przesuwając najwyższego punktu paznokci. Pamiętaj o tym, że malując paznokcie lakierem lub wykonując hybrydę należy dodatkowo zabezpieczyć wolny brzeg paznokcia. Robiąc to, ostry kształt paznokcia i tak zostanie złagodzony przez nałożone warstwy lakieru.


Na koniec pomalowałam paznokcie zwykłym lakierem od Catrice o numerze 060 Bloody Mary To Go. To odcień soczystej, klasycznej czerwieni, której brakuje mi w lakierach hybrydowych 😉


 

Mam nadzieję, że moje triki przypadły Ci do gustu. Możesz je z powodzeniem wykorzystać przy wykonywaniu innych kształtów takich jak: szpic, owalny czy balerina. 


września 15, 2017

SEPHORA - ODŻYWCZY BALSAM DO CIAŁA CYTRYNOWA WERBENA

SEPHORA - ODŻYWCZY BALSAM DO CIAŁA CYTRYNOWA WERBENA

Oczekiwanie od produktów marki Sephora, że będą miały ładne naturalne składy jest jak czekanie na śnieg w lasach deszczowych Ameryki Południowej. Raz, że takie rzeczy się nie zdarzają.. chyba, że biegun północy przesunie się nad Saharę. Dwa, że marka nigdy nie zarzekała się, że jej produkty są naturalne. Kupując balsam w zeszłym roku zdawałam sobie z tego sprawę ale i tak kupiłam.. nie bez powodu..


Pamiętam to doskonale! Buszowałam po Sephorze, a stojąc przy kasach zaleciał mi cudny zapach orzeźwiającej werbeny. Stała tam limitowana seria żelów pod prysznic i balsamów do ciała. Niewzruszona pojechałam do innego centrum handlowego.. tam też była Sephora. Weszłam tylko po to aby jeszcze raz sprawdzić zapach, który utkwił mi w głowie, a tam pozostały już tylko testery. Tak.. to był zapach, który chodził za mną od kilku godzin i nie chciał się odczepić. Wróciłam do pierwszej Sephory, a tam ostatnia sztuka balsamu.. rozeszły się jak świeże bułeczki!


Zapach to główny, a być może nawet jedyny powód tego zakupu. Uwielbiam zapach werbeny w kosmetykach, a już szczególnie w okresie wiosenno-letnim. Wprawia mnie od razu w dobry nastrój i dodaje energii. Jeśli oczekujesz kwiatowego aromatu to werbena bardzo Cię zaskoczy.. bowiem najbliżej jest jej do zapachu soczystych cytrusów z cytryną w pierwszym rzędzie. To jednocześnie ciepły jak i świeży zapach. Jednak samą werbeną warto zainteresować się bardziej, bo jej dobroczynne właściwości były znane już w starożytnym Egipcie. Przede wszystkim werbenę odnajdziemy jako składnik herbat uspokajających czy nasennych. Jej napary działają lekko ściągająco i łagodząco, polecana jest przy przeziębieniach i stanach zapalnych dróg oddechowych. Przyniesie ulgę przy migrenach, bólach głowy, bezsenności czy chorych zatokach. Werbena może okazać się wybawieniem gdy dopadnie nas jesienna chandra!


Tak.. jak łatwo się domyślić lubię werbenę. Niestety jej zapach w kosmetykach wcale nie jest łatwo znaleźć. Takich produktów jest niezwykle mało.. chociaż ostatnio odnajduję coraz więcej. Balsamu Sephory używa mi się niezwykle przyjemnie choć nie jest on bez wad. Jest gęsty ale rozprowadza się na skórze jak masełko. Nie pozostawia tłustej warstwy więc od razu po użyciu możemy się ubrać, to jednak zależy od ilości zaaplikowanego produktu, dlatego nie warto z nim przesadzać. Służy mi już drugi sezon co czyni go bardzo wydajnym.W tym sezonie po balsam sięgam wyjątkowo często i systematycznie, bo nie zwyczajnie chcę go już zużyć z uwagi na to jak długo mi służy. W przypadku produktów do ciała zawsze staram się aby nie stały u mnie dłużej niż drugi sezon.


Skład (INCI): Aqua (Water), Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), C10-18 Triglycerides, Caprylic / Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Palmitate, catyl Palmitate, Gliceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Dimethicone, Magnifera Indica (Mango) Seed Butter, Parfum (Fragrance), Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Phenoxyethanol, Sodium Acrylate / Sodium Acryldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, D-Limonene, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Citral, Polysorbate 80, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Sorbitol, Linalool, Citronellol, Cassia Angustifolia Seed Extarct, Verbena Officinalis Leaf Extarct, Gardenia Tahitensis Flower Extarct, Hydroxyethylcollulose, Tocopherol, Potassium Sorbate, Sodium Sorbate, Sodium Benzoate, Citric Acid, helianthus Annus (Sunflower) Seed Oil

Ehh.. skład jest głownie chemiczny. Od czasu do czasu pojawi się coś fajnego jak: masło z mango, olej kokosowy, ekstrakt z werbeny, masło shea.. ale patrząc na ogół mam wrażenie, że znajdują się tam wyłącznie przypadkiem. Cóż.. to zdecydowanie przyprawia o ból serca.



Sam skład to jednak nie jedyna wada masełka. W okresie wiosenno-letnim sprawdzało mi się wyśmienicie, ale okres jesienno-zimowy był zbyt dużym wyzwaniem. Moja skóra jest dość podatna na wahania temperatury i wilgotności. Szczególnie problematyczne są wówczas łydki czy ramiona. Próby nakładania większej warstwy sprawiały, że masło się mazało po skórze i za grosz nie chciało się wchłonąć.. w końcu je odstawiłam. Odnoszę wrażenie, że masełko bardziej pełni funkcję natłuszczającą i blokującą utratę wody z naskórka niż nawilżającą.. i tak je traktowałam.



Bardzo się ciesze, że trafiłam na ten balsam mimo jego składu, bo to jednak od niego zaczęła się moja miłość do zapachu werbeny, która trwa w najlepsze. Nie był idealny ale z całą pewnością tego spotkania nie żałuję. Jednak gdyby ta sama seria ponownie pojawiłaby się w Sephorze przeszłabym obok niewzruszona, bo wybór produktów o zapachu werbeny jest już znacznie większy, a składy tych produktów potrafią wręcz zachwycić!

Znasz zapach werbeny?

września 13, 2017

ORGANIC GARDEN - OCZYSZCZAJĄCY PEELING DO SKÓRY GŁOWY

ORGANIC GARDEN - OCZYSZCZAJĄCY PEELING DO SKÓRY GŁOWY

Stosowanie peelingów w pielęgnacji skóry głowy to już u mnie norma. Nawet nie wyobrażam sobie abym chociaż dwa razy w miesiącu nie zafundowała mojej głowie solidnego oczyszczenia. Po peelingi sięgam na ogół raz na 1,5 tygodnia, a efekty jakie obserwuję są świetne. Nawet nie ma znaczenia czy jest to peeling z drobinkami czy peeling enzymatyczny.. moja skóra głowy po prostu tego potrzebuje. Oczywiście są peelingi które sprawdzają się lepiej i gorzej.. do której kategorii zalicza się Organic Garden?



Od producenta:
Kuracja oczyszczająca, regulująca nadmierne wydzielanie sebum do przetłuszczającej się skóry głowy i włosów. Oczyszczający peeling do skóry głowy na bazie naturalnych składników aktywnych, jak sok z aloesu, ziołowy ekstrakt z tymianku, łopianu i jałowca, z dodatkiem zmielonych łupin orzechów oraz orzeźwiającego mentolu. Peeling dokładnie oczyszcza skórę głowy, dzięki czemu składniki odżywcze lepiej się wchłaniają. Usuwa nadmiar sebum oraz martwy naskórek, a także pozostałości po środkach do stylizacji włosów. Sok z aloesu działa łagodząco i kojąco na podrażnioną skórę głowy. Dzięki mentolowi zapewnia odświeżające, przyjemne uczucie chłodzenia. Zapobiega swędzeniu skóry głowy, zwalcza łojotok oraz eliminuje rozwój mikroflory bakteryjnej. Sprawia, że włosy są błyszczące, odżywione i mocniejsze.

Sposób użycia: po umyciu włosów delikatnie nałożyć peeling na skórę głowy, masować 2-3 minuty, następnie obficie spłukać. Stosować 1-2 razy w tygodniu.


Organic Garden jest peelingiem bardzo łatwo dostępnym. Znalazłam go podczas wizyty w Drogerii Natura w lutym tego roku i był to stosunkowo nowy produkt. Zaczęłam używać jeszcze w marcu ale międzyczasie kupiłam peeling do skóry głowy z Bionigree, który miał czteromiesięczny termin ważności przez co Organic Garden poszedł niemal całkowicie w odstawkę. Od dwóch miesięcy jest to mój jedyny peeling do skóry głowy jaki używam, a sięgam po niego co 1,5 tygodnia czyli co 4-5 mycie włosów. 

Plastikowy ciemny słoiczek ma pojemność 200 ml i w regularnej cenie kosztuje 24,99 zł ale zdarzają się na niego promocje. Oprócz posiadanej przeze mnie wersji oczyszczającej w ofercie znajdziesz wersję wzmacniającą na bazie olejku arganowego, ekstraktu ziołowego, mentolu i łupin orzechów. Mnie bardziej ciekawiła wersja oczyszczająca i z tego co zauważyłam głównie taką znajdziesz na innych blogach.. hmm.. ciekawe..



Peeling pachnie przede wszystkim mentolem. Składnik ten lubię ale tylko gdy jest dodatkiem do chłodzących żeli do ciała (typu ujędrniające itp.) oraz w produktach do włosów. Zapach nie jest moim ulubionym ale efekt chłodzenia i odświeżenia bardzo sobie cenię. 

Sam produkt ma w sobie całkiem sporo drobinek pochodzących ze zmielenia łupin orzechów włoskich.. oczywiście mogłoby być jeszcze lepiej ale w mojej opinii taka ilość jest wystarczająca. Sam produkt podczas stosowania nie pieni się, a drobiny wcale nie są na tyle ostre aby miały podrażnić skórę głowy. Jego rozprowadzenie nie sprawia mi specjalnie problemów ale do wypłukania należy się nieco bardziej przyłożyć.

Sam schemat stosowania tego typu peelingów nie zmienił się u mnie. W pierwszej kolejności moczę dokładnie włosy i skórę głowy. Na dłonie aplikuję niewielkie ilości peelingu i stopniowo wcieram je od linii włosów do czubka głowy. Ostatnio zaczęłam dodatkowo na połowie długości włosów stosować odżywkę/maskę przed aplikacją peelingu. Dzięki temu skracam cały proces pielęgnacji włosów, bez pomijania jakiegokolwiek kroku. Po dokładnym wmasowaniu peelingu w skalp, myję dwu- lub trzykrotnie włosy. Staram się do tego używać szamponów z mocniejszym detergentem, gdyż im większa ilość piany tym drobinki szybciej i łatwiej wypłukują się z włosów. Im szampon ma mniejszą tendencję do wytwarzania piany tym ten proces jest nieco bardziej utrudniony ale nie niemożliwy.. zatem dla chcącego nic trudnego. 


Efekty? Bardzo dobre oczyszczenie skóry głowy. Jeśli masz problemy z łupieżem, z przetłuszczającą się skórą głowy, czy tak jak ja używasz łagodniejszych szamponów i chcesz od czasu do czasu solidnie oczyścić skalp to ten produkt jest dla Ciebie. Co więcej sprawdzi się na włosach, które mają tendencję do przyklapnięcia, gdyż peeling świetnie odbija włosy od nasady. Nie jest to efekt, który utrzyma się przez kilka dni ale jest zdecydowanie zauważalny. To co dodatkowo zauważyłam na swoich włosach to to, że produkt przedłuża świeżość moich włosów. Jeśli moim standardem jest mycie włosów co drugi dzień, to w tym przypadku świeżość mam przedłużoną o kolejny dzień. Peeling dodatkowo fajnie koi moją skórę głowy. Okazał się szczególnie pomocny przy szamponach z Cocamidopropyl Betaine, po których swędziała mnie skóra głowy. Od razu przynosił ulgę i doprowadzał skórę głowy do ładu.


Skład (INCI): Aqua (woda, rozpuszczalnik), Behenamidopropyl Dimethylamine (substancja antystatyczna, emulgator, ułatwia rozczesywanie i zapobiega elektryzowaniu się włosów, pochodzenie różne),
Dipalmitoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate (humektant, substancja zmiękczająca i antystatyczna, zapobiega elektryzowaniu się włosów), Cetyl Alcohol (emolient, zagęszcza produkt ale także poprawia rozprowadzanie, daje poślizg, może mieć pochodzenie roślinne, syntetyczne lub odzwierzęce), Stearyl Alcohol (emolient, zapobiega przesuszeniu skóry i włosów), Lactic Acid (kwas mlekowy AHA, substancja złuszczająca, antybakteryjna), Glycerin (substancja nawilżająca, posiada zdolność przenikania przez warstwę rogową naskórka, pomaga substancjom aktywnym przedostać się w głąb skóry), Juglans Regia (Walnut) Shell Powder (puder z łupin orzecha włoskiego, działanie złuszczające), C13-15 Alkane (Hemisqualane) (emolient z trzciny cukrowej z certyfikatem Ecocert), Hydroxyethylcellulose (zagęstnik, nie posiada działania komedogennego), Caprylic / Capric Triglyceride (emolient, posiada działanie nawilżające, zmiękcza i wygładza), Propylene Glycol (rozpuszczalnik i substancja nawilżająca, ułatwia transport innych substancji w głąb skóry, może powodować podrażnienia, jeśli nakładana jest na skórę zmienioną chorobowo), Arctium Majus Root Extract (ekstrakt z korzenia łopianu, silny antyoksydant, działa przeciwzapalnie i łagodząco), Juniperus Communis Fruit Extract (ekstrakt z owoców jałowca pospolitego, reguluje wydzielanie sebum, tonizuje, wzmacnia cebulki włosów i pomaga w walce z łupieżem), Gentiana Lutea Root Extract (ekstrakt z bławatka, działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia), Thymus Vulgaris Flower / Leaf Extract (ekstrakt z liści i kwiatów tymianku, działa antyseptycznie, wzmacnia cebulki, poprawia strukturę włosów, działa antyseptycznie, bakteriobójczo, grzybobójczo, przeciwzapalnie), Citrus Limon Peel Extract (wyciąg ze skórki cytryny, składnik antyoksydacyjny, działa przeciwzapalnie, wzmacnia naczynia krwionośne), Phenoxyethanol (konserwant, uznawany za szkodliwy), Parfum (substancja zapachowa), Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok aloesowy, silne właściwości lecznicze), Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate (emolient pochodzenia roślinnego, aprobowany do stosowania w kosmetykach naturalnych), Menthol (posiada właściwości znieczulające, antysepetyczne, odkażające, odświeżające i chłodzące), Menthyl Lactate (substancja odświeżająca, znieczulająca, maskująca niepożądane zapachy i chłodząca), Sodium Benzoate (konserwuje, chroni przed rozwojem drożdży, pleśni itp.), Potassium Sorbate (konserwant, chroni kosmetyk przed pleśnią, hamuje rozwój drożdży i bakterii), Ethylhexylglycerin (konserwant,), Limonene (składnik kompozycji zapachowej).

Z dotychczas używanych przeze mnie peelingów Organic Gardem mogę porównać jedynie do Natura Siberica i rokitnikowego scrubu do skóry głowy, który wielokrotnie zachwalałam. Jak wypada Organic Garden na jego tle? Lepiej. Jestem poniekąd tym zaskoczona ale w ostatecznym rozrachunku muszę uznać wyższość Organic Garden z kilku powodów:
- łatwiejsza dostępność
- większa ilość drobinek ścierających
- opakowanie do samego końca wygląda nienaganne, w przypadku Natura Siberica łuszczyła się farba z nakrętki
- brak Cocamidopropyl Betaine w składzie, na który jestem bezsprzecznie uczulona 

Ponadto pojemności obu produktów są identyczne, a ceny zbliżone.


Skład tego produktu nie jest idealny ale w ogólnym rozrachunku jest lepszy niż Rokitnikowy scrub do skóry głowy z Natura Siberica. W związku z czym mój poprzedni ulubieniec został całkowicie zdeklasyfikowany. Ze swojej strony mogę jedynie ten produkt polecić. Jeśli już testowałaś tego typu produkty to oczywiście polecam sprawdzić Organic Garden (by Stara Mydlarnia). Jeżeli dopiero planujesz sięgnąć po peelingi do skóry głowy to proszę nie zniechęcaj się przy pierwszym użyciu. Nie są to produkty które łatwo i szybko się stosuje ale z całą pewnością są warte poświęcenia czasu i dokładności.

Inne peelingi do skóry głowy, które stosowałam:



PS. Marka Bionigree po wielu lamentach użytkowniczek wypuściła na rynek mniejszą 50 ml pojemność swojego oczyszczającego serum do skóry głowy!


Stosujesz peelingi do skóry głowy?
Masz z nią jakieś szczególne problemy?


września 11, 2017

LUSH - MASECZKA ROSY CHEEKS

LUSH - MASECZKA ROSY CHEEKS

To już ostatni poniedziałek z maseczką Lush. Troszkę mi szkoda, bo jednak zabawa była świetna, a już szczególnie sam fakt możliwości przetestowania maseczek firmy, która z niewiadomych przyczyn wciąż nie jest dostępna w Polsce. Na ostatni rzut leci maseczka Rosy Cheeks z którą powinny polubić się cery wrażliwe ale także te ze skłonnością do niedoskonałości.


Od producenta:
Znajdź szczęście, którego poszukujesz oczyszczając skórę od policzka do policzka z tą wspaniałą gładką i świeżą maseczką. Prosta mieszanka glinki, kalaminy i tureckiego oleju różanego, aby delikatnie uspokoić skórę i przywrócić jej równowagę. Niezależnie od tego czy czujesz gorąco i dyskomfort czy chcesz obsypać swoją skórę różami. Oczyszczająca kalamina i glinka delikatnie usuną brud podczas gdy delikatny olejek różany odżywia i tonizuje Twoją twarz. Nałóż obfitą warstwę maski na skórę i zrelaksuj się przez 10 - 15 minut, pozwalając składnikom pracować, następnie zmyj. Odkryj spokój, matową skórę, która mówi, że zostałaś pocałowana przez różę.
(tłumaczenie własne)


Lushowe opakowania pochodzą z recyklingu plastiku i można je zwrócić do sklepów Lush. Za 3 (dowolne) puste opakowania możemy wybrać dowolną maseczkę w gratisie. Lush nie testuje na zwierzętach, a produkty w dużej części oparte są na świeżych składniach. Maseczki mają krótkie terminy ważności (4 tygodnie) i należy przechowywać je w lodówce. Część maseczek podzieliłam i przełożyłam do małych opakowań, a partię zamroziłam. To pozwoli mi cieszyć się maseczkami na dłużej.


Każdy kto lubi zapach róż będzie tą maseczką oczarowany.. nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Uważam nawet, że osoby które tego zapachu nie tolerują również będą zauroczone, bo to jednak nie tylko delikatny kolor bladoróżowych płatków róż ale i wyjątkowo śliczny zapach. Różane zapachy kojarzą się z czymś ciężkim i babcinym, ale nie w tym przypadku. Zamknij oczy i pomyśl o tym jak w twoim odczuciu wygląda śliczny zapach róż.. ten sam zapach znajdziesz w maseczce Rosy Cheeks. Prawda, że śliczny?


Maseczka ma sztywną i gęstą konsystencję ale jest przy tym satynowa i całkiem przyjemnie się rozprowadza. Na skórze jest dość komfortowa w porównaniu do innych maseczek Lush i nie osypuje się. Po 10-15 minutach zastyga ale wciąż w pewnym stopniu jest elastyczna. Przed jej zmyciem nasączam gąbkę celulozową wodą i przykładam do zastygniętej maseczki. Po takim nawilżeniu nie mam najmniejszych problemów z jej zmyciem.

Rosy Cheeks sprawia, że skóra jest delikatnie ukojona, oczyszczona, a pory zwężone. Brak mi tu gładkości skóry jaką odczuwałam przy innych maskach Lush, w tym przypadku skóra jest raczej tępa w dotyku i całkowicie matowa ale nie przesuszona. Taki efekt jednak nie do końca mnie przekonuje, bo mam wrażenie że obsypałam się mocno matującym pudrem, a to odbiera mi całkowicie radość z jej stosowania. Przy częstszym i dłuższym stosowaniu mam wątpliwości aby na pewno taki stan rzeczy mojej skórze odpowiadał.. ale doraźnie moja skóra się nie buntuje.

Niestety nie widzę po niej takiego ukojenia skóry jak bym się tego spodziewała. Maseczka powinna sprawdzić się na cerach wrażliwych, jednak lepsze efekty daje mi nałożenie maseczki skompresowanej w płacie nasączonej płynem aloesowym Aubrey Organics czy tonikiem hibiskusowym Sylveco z wkładką aloesową lub z ambrozji.


Skład (INCI): Calamine, Glyceryna, Kaolin, Aqua, Kaolinite, Rosa Centifolia Flower, Parfum, Rosa Damascena Flower Oil, Benzyl Alcohol, Lilial, Citronellol, Geraniol.

Głównym składnikiem jest tu kalamina, która działa antyseptycznie, łagodząco i przeciwzapalnie. To godny uwagi składnik szczególnie prze cerach trądzikowych. Następnie mamy glinki w postaci białej oraz różowej. Płatki róży stulistnej oraz olejek z róży damasceńskiej, którą osobiście bardzo lubię w pielęgnacji cery.


Czy jestem z niej zadowolona? Nie do końca. W momencie gdy moja skóra potrzebowała mocnego ukojenia maseczka sobie nie poradziła. Jej działanie było zbyt subtelne jak na moje potrzeby. Jednak gdy skóra była w lepszej kondycji maseczka spisywała się całkiem poprawnie. Nie jest to mój must have, bo jednak znam lepsze i łatwiejsze sposoby na ukojenie skóry. Mimo wszystko z maseczką się polubiłam ale nie na tyle aby sięgnąć po nią ponownie.


Zapraszam do poznania opinii Moniki z bloga Mama z różową torebką na temat tej samej maseczki:
Zapraszam również do poprzednich postów z maseczkami Lush:

Moje opinie:
Opinie Moniki:

Za tydzień zapraszam na podsumowanie i ostateczny werdykt, które maseczki sprawdziły się najlepiej, a do których z całą pewnością nigdy nie wrócę.


Copyright © 2014 Kosmetyczny Fronesis , Blogger